wtorek, 21 lutego 2017

Podróż do Dziórawego Kotła

Naglące stukanie do szyby odrywa mnie od papierkowej roboty, która zalewa moje biurko. Unoszę swój wzrok i dostrzegam małą, nieco przerażoną sowę. Czy spodziewam się jakiegoś listu? Merlinie, jeśli to ponownie dodatkowa arkusze z Ministerstwa to przysięgam, że złożę wypowiedzenie w trybie natychmiastowym! Sięgam z niechęcią po kawałek pergaminu i zagłębiam się w kolejne zdania. „Szanowna Pani, Dziórawy Kocioł ma zaszczyt zaprosić Panią do nowo powstałego oddziału w Krakowie…”

Ulica Grodzka tętni tego dnia życiem. Aportuję się w jednej z bocznych uliczek,  by nie zwrócić uwagi spacerujących dookoła mugoli. Na szczęście przechodnie są zbyt zajęci swoimi telefonami, by zauważyć unoszącą się w powietrzu magię. Obliviate nie będzie więc dzisiaj potrzebne. Spokojnie ruszam przed siebie, wypatrując szyldu Dziórawego Kotła, w głowie obmyślając już co zamówię. Niestety, mój pech powoduje, że nie jest to takie proste zadanie.

Rozglądam się nerwowo dookoła, mając nadzieję, że spotkam kogoś znajomego, kto odpowiednio mną pokieruje. Najwyraźniej jednak niewielu czarodziejów wie o nowo powstałym lokalu, jestem więc zdana jedynie na siebie. Kręcę się po ulicy w jedną i drugą stronę, w dalszym ciągu nie dostrzegam jednak nigdzie znajomego szyldu. Nerwowo spoglądam na zegarek, ponieważ jestem umówiona i nie chciałabym, by moja koleżanka zbyt długo na mnie czekała. 

Czyżby Ministerstwo zleciło zamknięcie lokalu? A może list, który dostałam był zaledwie marnym żartem? Tysiące myśli pojawia się w mojej głowie, gdy po raz kolejny przemierzam ulicę, wytężając swój wzrok. 

Jest!

A więc jednak nie jestem mugolką…

Uśmiecham się na widok znajomego szyldu, a następnie uchylam drzwi i znikam we wnętrzu Dziórawego Kotła. Zaledwie kilka stopni dzieli mnie od zanurzenia się w magicznym świecie, zanim jednak znajduję się na dole, odbywam niezwykle osobliwe spotkanie. Lodowaty ziąb otacza w jednej chwili moje ciało a przede mną materializuje się, spoglądający na mnie z zainteresowaniem, dementor. Nie zastanawiam się zbyt długo i działając całkowicie odruchowo, wyciągam różdżkę, chcąc wykrzyczeć odpowiednie w tych okolicznościach zaklęcie. Jak się jednak okazuje - zupełnie niepotrzebnie. Ten okaz jest wyjątkowo łagodny i oswojony - zamiast ludzkich dusz zasmakował w fasolkach wszystkich smaków i jedynie one wzbudzają jego zainteresowanie. Przyglądam mu się jeszcze przez chwilę, nie będąc pewna czy powinnam chować różdżkę. Kto wie co jeszcze mnie czeka? Mam jedynie nadzieję, że dotrę do baru w jednym kawałku.

-Dzień dobry - wyrzucam, gdy znajduję się już na dole. Na szczęście nie dostrzegam tu żadnego niebezpieczeństwa. Nie widzę jednak również  mojej koleżanki i zaczynam się zastanawiać czy po prostu nie wróciła do domu. W lokalu oprócz mnie znajduje się szorujący kociołek czarodziej za ladą. Tuż obok niego, oprócz przeróżnych trunków z całego świata, piętrzą się rozmaite książki. Z tego co jestem w stanie dostrzec to mieszkanka pozycji mugolskich jak i czarodziejskich - umówiłam się tutaj z kimś ale nie mogłam trafić dlatego trochę się spóźniłam. Czy była tu jakaś dziewczyna? - pytam, mając nadzieję, że czegoś się dowiem. 

Niestety.

-Było tu wiele dziewczyn - pada zagadkowa odpowiedź w stylu Albusa Dumbledora. Przez chwilę przemyka mi przez głowę, by wykorzystać na barmanie legilimencję, jestem jednak zbyt zmęczona. Poza tym aurorzy zapewne uznaliby, że nie jest to sytuacja wymagająca tego rodzaju magii. Aż tak bardzo nie śpieszy mi się do Azkabanu.

Kiwam więc jedynie głową, zastanawiając się co dalej. Czarodziej najwyraźniej dostrzega moje zmieszanie, ponieważ mruczy coś pod nosem, a tuż przede mną pojawia się dodatkowa sala. Zaklęcie maskujące - mądry wybór.  

Moja koleżanka siedzi przy jednym ze stolików, zajadając się jakimś apetycznie wyglądającym ciastem.

A więc jednak nie uciekła. 

Po chwili rozmowy i wspominania dawnych czasów, zaczynam rozglądać się dookoła z zainteresowaniem. Naprzeciwko mnie znajduje się ogromne malowidło ścienne, przedstawiające Hogwarcki Express. Łezka kręci mi się w oku, na wspomnienie wspaniałych dni, gdy jeszcze uczęszczałam do szkoły. Część mnie żałuje, że nie mam na sobie tego dnia zielonego, ślizgońskiego szalika. Niestety, te dobre czasy już dawno za mną.

Odwracam się, by kontynuować rozmowę ale w tej samej chwili moje spojrzenie napotyka znajomą postać. Voldemort uśmiecha się do mnie w oddali, powodując, że moje serce zaczyna gwałtownie bić. Już mam zakrzyknąć w jego kierunku „Mój Panie!” i paść na kolana, gdy ktoś łapie mnie za szatę i ciągnie w swoim kierunku. Jak się okazuje, stolik przy którym siedzimy należy do Bellatrix. Kobieta celuje we mnie różdżką, zamiast zaklęcia wyrzuca jednak w moim kierunku kilka kąśliwych uwag. Nigdy nie pałałyśmy do siebie zbyt wielką sympatią. 

Wyrywam się z jej uścisku i kieruję ponownie do baru, tym razem, by założyć zamówienie.

-Sok jabłkowy - wybieram, ponieważ z powodu uczulenia, nie jestem w stanie skusić się na nic innego. Niestety, to pozostałość po pewnej klątwie z którą nie są w stanie poradzić sobie najlepsi nawet uzdrowiciele.

Czas upływa nam miło, na dyskusji o obecnej sytuacji w magicznym świecie. W tle pobrzmiewa znajoma muzyka i ponownie powoduje, że do mojej głowy napływają wspomnienia. 

-A pamiętasz, gdy na czwartym roku… - zaczynam jednak nie jest mi dane skończyć. W sali obok rozległa się głośny łomot a następnie przeciągły krzyk. Z żarzącego się kominka wyskakuje dwójka dzieciaków, które toną w łzach i matka, starająca się je za wszelką cenę uspokoić. Pomimo tego, że sieć Fiuu znajduje się pod nieustanną kontrolą Ministerstwa, stanowi najwygodniejszą formę podróżowania. Szczególnie dla tych, którzy nie mogą się jeszcze aportować. 

Co chwila jakaś głowa wyłania się z kominka i rozgląda z zainteresowaniem.  Podnosimy się i idziemy do drugiej sali. Ta zdecydowanie przypomina mi bardziej mój pokój wspólny w Hogwarcie. Zanim jestem w stanie ponownie rozpłynąć się w marzeniach i opowiedzieć jedną z anegdotek, do pomieszczenia wpada kolejna sowa. Tym razem niesie list skierowany do mojej koleżanki. 

-Muszę iść, praca - wyjaśnia, uśmiechając się do mnie przepraszająco. 

Przypominam sobie stos papierów, który czeka na mnie na biurku i przeciągle wzdycham. 


Wszystkich zainteresowanych kieruję pod adres:
ul. Grodzka 50/1
Kraków


5 komentarzy:

  1. O rety, to jest napisane fan-tas-ty-cznie! Masz talent, dziewczyno! A do Dziórawego niechybnie zajrzę, gdy tylko znajdę najbliższego świstoklika do Krakowa (z teleportacją wciąż jeszcze u mnie tak sobie). :D

    Pozdro,
    PytamKsiazki.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję, kocham pisać a już szczególnie jeśli coś jest związane z tematyką HP :D Zapraszamy i czekamy:)

      Usuń
  2. Super napisane! W czerwcu będę w Krakowie, więc może zajrzę do Dziórawego Kotła :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O ja, obserwuję cię od jakiegoś czasu na Instagramie i dopiero odkryłam bloga! Oczywiście obserwuje, a ten post jest napisany genialnie!

    oddam-ci-ksiazke.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, no widzisz, nigdy nie jest za późno na nowe odkrycia:) Dziękuję za miłe słowa, również dodałam do listy.

      Usuń